Śląskie. Prowadziła stronę "Ukrainiec nie jest moim bratem". Teraz prowadzi batalię sądową z "łowcą trolli". Domaga się zadośćuczynienia

Magdalena Grabowska
Magdalena Grabowska
Przed Sądem Rejonowym w Katowicach trwa proces w sprawie zniesławienia Jolanty Lamprecht., która była jednym z administratorów strony "Ukrainiec nie jest moim bratem".
Przed Sądem Rejonowym w Katowicach trwa proces w sprawie zniesławienia Jolanty Lamprecht., która była jednym z administratorów strony "Ukrainiec nie jest moim bratem". Magdalena Grabowska/arc.
Przed Sądem Rejonowym w Katowicach trwa proces w sprawie zniesławienia Jolanty Lamprecht, która była jednym z administratorów strony "Ukrainiec nie jest moim bratem". Po interwencji "łowcy trolli internetowych" Marcina Ludwika Reya, panią Jolantę zawieszono w pracy w szkole podstawowej, a sprawę skierowano do prokuratury. Po wnikliwym śledztwie prokuratura nie stwierdziła znamion łamania prawa, sprawa została zawieszona, a Jolanta Lamprecht przywrócona do pracy. Jej obrona domaga się teraz odszkodowania w wysokości 100 tys. zł oraz 30 godzin prac społecznych w okresie 8 miesięcy dla Marcina Reya. Oskarżony przez nią blogger domaga się natomiast uniewinnienia i nie wyklucza, że będzie starał się o wszczęcie nowego śledztwa w tej sprawie.

Spis treści

Strona "Ukrainiec nie jest moim bratem" wywołała w 2022 r. aferę w Internecie

Gdy wybuchła wojna na Ukrainie, a Polska zaczęła przyjmować uchodźców z tego kraju, sprawa odbiła się szerokim echem w mediach i wywołała spore zamieszanie w Internecie. Pod lupę wzięto stronę "Ukrainiec NIE jest moim bratem", którą lubi na Facebooku ponad 56 tys. osób. Fanpage został założony 16 marca 2214 r., w dzień gdy odbyło się tzw. referendum nad statusem Krymu, które oderwało półwysep od Ukrainy. Profil udostępniał posty na temat Ukrainy, historii tego kraju czy samej roli Polski w wojnie. Wszystkie wpisy wywoływały dyskusje i wiele emocji.

21 marca 2022 r. blogger Marcin Rey opublikował post na swojej stronie, w którym stwierdził, że zdemaskował administratora profilu.

- Nauczycielka ze Sosnowca Jolanta Lamprecht zdemaskowana jako adminka największego hejterskiego profilu antyukraińskiego w Polsce. Proszę o interwencję jej formalnego pracodawcę prezydenta miasta @ChecinskiPrez - pisał Marcin Rey.

Sprawą zainteresował się sam prezydent sosnowca Arkadiusz Chęciński.

- W związku z przesłanymi do mnie informacjami na temat działań jednej z nauczycielek, podjęliśmy decyzję o jej natychmiastowym zawieszeniu. Skierowaliśmy również pismo do rzecznika dyscypliny ds. nauczycieli przy Śląskim Kuratorze Oświaty w sprawie podejrzenia złamania zasad etyki nauczyciela. Jeszcze dzisiaj do prokuratury trafi zawiadomienie ws. nawoływania do nienawiści na tle narodowym. Nie ma przyzwolenia na jakiekolwiek treści ksenofobiczne! - informował prezydent Sosnowca w mediach społecznościowych 22 marca 2022 r.

Tak też się stało. Została zawieszona w pracy. W sieci można także znaleźć jej felietony na temat relacji polsko-ukraińskich. Większość mediów, pisząc o sprawie, cytowała ten fragment felietonu:

- Oczywiście nie możemy obwiniać współczesnych Ukraińców o grzechy przodków, ale niestety są wychowywani w kulcie dla ludobójców stawianych na piedestały. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy z nich są przesiąknięci wrogością do Polaków i chełpią się mentalnością z czasów Rzezi Wołyńskiej. Jakże zasmucające były słowa ponad osiemdziesięcioletniej Polski z Tarnopola, która na antenie programu „W tyle wizji” opowiedziała porażającą historię o zdarzeniu, które miało miejsce kiedy z koleżanką odwiedziła swoje rodzinne strony - pisze w jednym z nich na portalu. Cały felieton można przeczytać na portalu parezja.pl .

Jolanta Lamprecht publikowała artykuły na temat relacji polsko-ukraińskich w latach 2014-2017. Jak podkreśla, w swoich felietonach opiera się na faktach historycznych. Stwierdziła także, że "wyrwane z kontekstu fragmenty jej felietonów" zostały napisane wiele lat temu, w zupełnie innej rzeczywistości.

- Pisałam artykuły na temat relacji polsko-ukraińskich dla portalu parezja.pl pod swoim imieniem i nazwiskiem wyrażając swoje stanowisko zawsze w odniesieniu do faktów, do czego mam prawo chociażby z racji art. 54 Konstytucji. Zawsze przyświecało mi dobro mojego kraju, a w moich wypowiedziach da się wyczuć troskę o losy Polski. Kto sam zechciałby to ocenić, to może zapoznać się z moimi publikacjami i się do nich odnieść. - wyjaśnia.

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie: "Treści nie wypełniały znamion przestępstw znieważenia tych osób"

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie.

- Prowadziłem postępowanie dotyczące publicznego nawoływania jednego z nauczycieli Szkoły Podstawowej w Sosnowcu na tle różnic narodowościowych oraz publicznego znieważania za pośrednictwem sieci Internet grupy narodowości ukraińskiej z powodu przynależności narodowej. Dotyczyło to okresu od marca 2018 r. do marca 2022 r. w Sosnowcu w związku z przestępstwem z art. 256 § 1 w związku z 257 § 1, 11 § 2 i 12 Kodeksu Karnego. Postępowanie zostało umorzone w czerwcu ubiegłego roku wobec stwierdzenia, że czyn, który rozpoznawałem nie zawierał znamion czynu zabronionego - potwierdził nam Waldemar Łubniewski, prokurator Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu.

Jak przyznał, zawiadomień o tym konkretnym przestępstwie wpłynęło do Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu w marcu 2022 r. kilka. Podnoszono w nich, że w Internecie jeden z nauczycieli, mówiąc potocznie, "obraża osoby narodowości ukraińskiej".

- W toku śledztwa zebrałem kompletny materiał dowodowy. Dokonałem oględzin zawartości pamięci urządzeń elektronicznych zabezpieczonych od nauczyciela, którego dotyczyło zawiadomienie o przestępstwie oraz dokonałem oględzin wiadomości publikowanych przez tego nauczyciela na portalu m.in. Facebook i Twitter. Przesłuchałem w charakterze świadka szereg osób, m.in. zawiadamiających, uzyskałem informację z Kuratorium Oświaty w Katowicach. Przeprowadziłem oględziny postępowania wyjaśniającego, który prowadził zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla nauczycieli przy wojewodzie śląskim wobec tego nauczyciela i miałem inne informacje od służb. Wszystkie te czynności wykazały w sposób niebudzący zastrzeżeń, że nic takiego nie miało miejsca. Treści, które publikowała ta pani nie wypełniały znamion przestępstw znieważenia tych osób - stwierdził.

Prokuratura Okręgowa w Sosnowcu przeanalizowała ok. 100 wpisów na stronie oraz quasi-naukowe artykuły autorstwa Jolanty Lamprecht.

- Niektóre treści były publikowane w języku polskim i angielskim. Przetłumaczyłem je. Konkretne informacje miały wypełniać znamiona znieważania. W momencie, w którym je pozyskałem - zarówno informacje, które były krytyczne, (ok. 100 wpisów, na pewno powyżej 60 na stronie Ukrainiec nie jest moim bratem - przyp. red.) jak i artykuły quasi-naukowe, podjąłem ocenie przez pryzmat znamion opisanych w tych przestępstwach czy wypełniają znamiona czy nie. Moim zadaniem nie ma w nich takiego co obraża te osoby - twierdzi prok. Waldemar Łubniewski.

Kuratorium Oświaty w Katowicach prowadziło osobne postępowanie w tej sprawie. Wysłaliśmy do tego podmiotu zapytanie jak przebiegło śledztwo i co udało się w nim ustalić, jednak nadal czekamy na odpowiedź. Jak twierdzi prok. Waldemar Łubniewski, kuratorium przekazało materiały w sprawie Prokuraturze Okręgowej w Sosnowcu.

- Postępowanie nie dostarczyło podstaw do ukarania nauczyciela. Jednym z koronnych dowodów były rysunki dzieci narodowości ukraińskiej. Okazało się, że nauczyciel w swoich klasach ma dzieci po wojnie i też ich uczy - wyjaśnia. - Dyrekcja też była przesłuchiwana. Nie było żadnych skarg osób narodowości ukraińskiej - dodaje.

Proces przed Sądem Rejonowym w Katowicach. Jolanta Lamprecht domaga się zadośćuczynienia

Jak udało nam się nieoficjalnie ustalić, kuratorium Oświaty w Katowicach zakończyło sprawę na postępowaniu wyjaśniającym uznając, że było ono bezpodstawne. Jolantę Lamprecht przywrócono do pracy. Przed Sądem Rejonowym w Katowicach trwa proces w sprawie jej zniesławienia. Domaga się zadośćuczynienia za to, co przeżyła. Jej życie składało się z gróźb nie tylko w jej stronę, ale także w stronę rodziny. Jolanta Lamprecht podkreśla, że wniosła prywatny akt oskarżenia, w którym kwestia żadnej strony na Facebook'u nie jest częścią aktu oskarżenia. Przyznaje jednak, że była jednym z administratorów strony "Ukrainiec nie jest moim bratem", jednak jak twierdzi, nie ona ją założyła. Wszystko miało zacząć się od wstawiania komentarzy na innych mainstreamowych forach. Widząc jej aktywność, administratorzy strony nadali pani Jolancie uprawnienia. Dodała, że gdy stała się administratorem strony, chciała zmienić jej nazwę, jednak zasady Facebook'a, ze względu na wysoką liczbę obserwujących uniemożliwiły jej to.

- Jolanta Lamprecht nie jest osobą uczciwą - twierdzi oskarżony przez nią Marcin Rey. - Kiedy na rozprawie w styczniu została skonfrontowana przez Sąd z własnymi zeznaniami, nie umiała nawet się przyznać, lecz kręciła dalej, że została administratorką "przypadkiem". Byłoby to aż komiczne, gdyby nie było nużące - komentuje.

Jolanta Lamprecht twierdzi, że nie publikowała treści, które miałyby obrażać narodowość ukraińską.

- Powołuję się w moich wpisach na fakty i wyrażam opinie bazując na nich - wyjaśnia. - Nie trzeba mieć wykształcenia historycznego czy socjologicznego, żeby orientować się w sytuacji geopolitycznej w jakiej znalazł się mój kraj. Wystarczy myśleć i analizować fakty - twierdzi. – Krytykuję jedynie rządzących Polską za asymetryczną i serwilistyczną politykę wobec Ukrainy, a stronę ukraińską za jawnie antypolskie gesty, a w szczególności za gloryfikowanie i to z mocy ustawy odpowiedzialnych za ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem na Polakach z kulminacją 11 lipca 1943 roku, blokowanie ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej oraz rugowanie śladów polskości na Kresach Wschodnich.

Zniesławienie jest powszechnym przestępstwem formalnym i umyślnym. Jego ściganie odbywa się z oskarżenia prywatnego (art. 212 § 4 KK). W razie skazania za przestępstwo sąd m.in. może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego w wysokości do 100.000 zł. Obrona Jolanty Lamprecht żąda od Marcina Reya. pełnej kwoty. Ubiega się także, aby sąd skazał bloggera na 30 godzin prac społecznych w stosunku miesięcznym. Oskarżycielka prywatna chce także podania wyroku do publicznej wiadomości.

- Marcin Ludwik Rey narzucił agresywną narrację. Nazwał mnie największą dystrybutorką hejtu antyukraińskiego w Polsce. Spotkałam się z tsunami nienawiści. Trudno jest opisać to, co przeżyłam w tym czasie, jak to dotknęło moją rodzinę i co przeżywam nadal - przyznała. - Pan Rey stosuje metody stalinowskie. Organizuje w Internecie sporą grupę informatorów, którzy śledzą niemalże każdy wpis upatrzonej ofiary, do tego udostępnia linki do prywatnych kont mailowych i w portalach społecznościowych, przy czym bez zgody autora dołącza prywatne zdjęcia danej osoby – tak było w moim przypadku. Do tego publicznie przyznał się do próby włamania na moje konta. Podżega do nienawiści podając tak naprawdę niesprawdzone dane dodając na początku asekuracyjnie słowa "prawdopodobnie", "przypuszczalnie" itp., co najczęściej działa na podświadomość jednoznacznie, gdyż mało kto sprawdza wiarygodność tych sensacji, czy też czyta między wierszami - dodała.

Sam oskarżony w trybie cywilnym natomiast domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że nie włamywał się na konta pani Jolanty. - Gdyby Jolanta Lamprecht i prowadzący jej doradcy nie dążyli do zrobienia z tego postępowania spektaklu politycznego, gdyby akta Prokuratury dołączono do sprawy od razu, postępowanie trwałoby o przynajmniej trzy rozprawy krócej (było ich pięć - przyp. red.). Spędzono ponad blisko rok na ustalaniu czy Jolanta Lamprecht prowadziła czy nie prowadziła profilu Ukrainiec nie jest moim bratem. Wszystko w obecności Jolanty Lamprecht, chociaż doskonale wiedziała, że ta informacja jest w dokumentach, a jednak cały czas kręciła. Sąd tracił czas, ja traciłem czas - mówi.

Marcin Rey wskazuje, umorzenie postępowania prokuratorskiego budzi według niego poważne zastrzeżenia. - Oparte jest na analizie ponad stu wpisów na profilu "Ukrainiec nie jest moim bratem", ale osobno, a nie całościowo tak, jakby prowadzono ponad sto osobnych postępowań. Tymczasem to właśnie fakt, że profil "Ukrainiec nie jest moim bratem" jest kompilacją wszystkiego, co można napisać albo wyszukać negatywnego o Ukrainie i Ukraińcach, czyni ten profil hejterskim, czyli nienawistnym, jak słusznie stwierdziłem we wpisie, za który jestem oskarżony przez Jolantę Lamprecht. - dodaje, zaznaczając, że rozważa złożenie odpowiedniego wniosku o wznowienie tego postępowania.

We wspomnianym wpisie Marcin Rey opisuje wyniki swojego własnego śledztwa, które wykazały, że to Jolanta Lamprecht prowadziła profil "Ukrainiec nie jest moim bratem". Analizuje w nim m.in. wpisy na wspomnianej stronie, ze wpisami z jej prywatnych kont.

- Uważam za wykazane, że Jolanta Lamprecht, nauczycielka angielskiego Szkoły Podstawowej nr 18 w Sosnowcu, jest jedną z największych dystrybutorek nienawiści antyukraińskiej w Polsce. Prawdopodobnie jest związana z prokremlowską partią „Zmiana” - czytamy we wpisie.

- Najbardziej boli mnie fakt, że M.L. Rey posądził mnie bezpodstawnie o działalność na rzecz Kremla, bycie działaczką jakiejś nigdy nie zarejestrowanej partii, którą też o takie konotacje oskarża i do tego zrobił to z premedytacją wybierając moment, bo w sytuacji szczególnej, kiedy zaczęli napływać do nas uchodźcy. Nigdy w żadnej partii nie byłam, co zresztą zostało przez służby zweryfikowane. Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić co do tej pory, wskutek tego oszczerstwa czuję i jakie skutki już poniosłam. Pracuję w szkole i mam uczniów, którzy po eskalacji konfliktu na Ukrainie uciekli do Polski. Sama wraz z rodzicami organizowałam dla nich pomoc szczególnie na początku, kiedy niektóre z nich potrzebowały wielu niezbędnych rzeczy, gdyż przybyły do naszego kraju praktycznie nie zabierając nic ze sobą uchodząc w obawie o swoje życie. Widziałam, jak wygląda sytuacja tej pomocy na początku. Była spontaniczna, ale często niewystarczająca - twierdzi Jolanta Lamprecht.

- Jolanta Lamprecht się tych treści nie wstydzi - jest jej tylko głupio i przykro, że jej ośmioletnia anonimowość została zakończona dzięki mojemu staraniu. Uważam, że za to powinna mi się należeć pochwała, a nie występowanie w Sądzie w roli oskarżonego - twierdzi Marcin Rey. - O sprawie Jolanty Lamprecht pisały główne media lokalne i krajowe. Skąd wybiórcze założenie, że nieprzyjemne dla Jolanty Lamprecht komentarze czy wiadomości pochodziły od moich czytelników, a nie od czytelników publikacji medialnych? Kto ma większe oddziaływanie: portal Onet czy ja? Dlaczego Jolanta Lamprecht nie wytoczyła spraw tym dużym redakcjom, a tylko indywidualnemu bloggerowi? Pytanie jest proste - czy można anonimowo hejtować w Internecie? - pyta retorycznie Marcin Rey.

Wyrok w sprawie zapadnie w marcu jeszcze w tym roku. Marcin Rey twierdzi, że miał prawo zdemaskować administratora strony, z kolei Jolanta Lamprecht powołuje się na wolność słowa i wyniki śledztwa prokuratury.

Nasi rozmówcy - Marcin Rey i Jolanta Lamprecht zgodzili się na publikację pełnych imion i nazwisk.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

od 12 lat
Wideo

Protest w obronie Parku Śląskiego i drzew w Chorzowie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Śląskie. Prowadziła stronę "Ukrainiec nie jest moim bratem". Teraz prowadzi batalię sądową z "łowcą trolli". Domaga się zadośćuczynienia - Dziennik Zachodni

Wróć na strefaedukacji.pl Strefa Edukacji